z komentarzem http://naszeblogi.pl/40873-wojna-przypadku-z-koniecznoscia
czwartek, 27 lutego 2014
piątek, 21 lutego 2014
sobota, 8 lutego 2014
Tyle wygrać! Mianowicie: przeglądając repetytorium z biologii natknąć się na biogenezę.
Temat jak najbardziej w obszarze matni, ponieważ jest jedną z osi sporu o creatio.
Wszystko to hipotezy i dotąd nie udało się jeszcze doświadczalnie ich potwierdzić. Pierwszej komórki z syntezy samych zw. nie udało się póki co uzyskać laboratoryjnie. Skoki martwa materia - żywa materia oraz żywa materia - a świadoma to nadal nieuchwytne momenty. Jakkolwiek, jesteśmy chyba bliżej zagadnienia niż Pasteur, który zmagał się z teoria samorództwa. Choć - czy umiejętność opisania czegoś oznacza umiejętność wytłumaczenia? A skad:)
Niemniej jednak, pytanie Leibniza, dlaczego raczej istnieje coś niż cokolwiek, wciąż pozostaje aktualne:)
Temat jak najbardziej w obszarze matni, ponieważ jest jedną z osi sporu o creatio.
Teorii jest mnóstwo. Od obalonego niegdyś samorództwa, poprzez "ciepła kałużę" Darwina, koacerwaty Oparina, po samorzutne formowanie zw. organicznych z nieorganicznych i intelligent design. Przełomowy rok 1953 przyniósł doświadczenie Millera i Ureya, którzy skonstruowali zamknięty układ szklanych rurek, z których wypompowali powietrze, wypełniając w zamian mieszaniną wodoru, amoniaku i metanu.Po podgrzaniu kolby z gotującą się wodą i zmieszaniu pary z mieszaniną prostych cząsteczek nieorganicznych poddano magiczną miksturę działaniu wyładowań elektrycznych, skroplono i ... jak się okazało, czary mary i powstały proste aminokwasy, kwasy organiczne, mocznik i sacharoza.
Samoczynna synteza związków organicznych jest, jak widać, w pewnych warunkach możliwa. Obecnie jednak przypuszcza się, że w prababci obecnej atmosfery nie znaleźlibyśmy metanu, a węgiel występował jedynie w postaci dwutlenku - a w obecności CO2 doświadczenie Millera nie zachodzi.
Dobrze, powiedzielibyśmy, ale same związki organiczne to jeszcze nie życie.
Pewnie, ze nie. Rozchodzi się przecież o to, jak powstała pierwsza komórka.
Ta, którą przyjmuje się za potoplastę wszystkich organizmów żyjących na ziemi do dnia dzisiejszego.
Wciąż nie mogę wyjść ze zdziwienia, kiedy o tym myślę.
ta teoria jednak póki co trzyma się mocno, ponieważ na jej dowód przedstawia się mnóstwo cech wspólnych wszystkim organizmom i jednakość przebiegu procesów życiowych. Przyjmuje się się zatem, że prakomórka była beztlenowcem, preferowała wysokie temperatury, tolerowała wysokie stężenie soli i najprawdopodobniej jadła elegancko, jak heterotrof.
Nie rozumiem jedynie, skąd przypuszczenie, ze istnieje wspólny przodek wszystkich organizmów żywych? Skoro istniały odpowiednie warunki, by powstała jedna, a, racjonalizując - powstała poprzez syntezę kombinacji zw. org. które samorzutnie ewoluowały z nie tak znowu różnorodnej mieszaniny gazów pierwotnej atmosfery, dlaczego nie miałyby powstać i inne komórki? Jeśli zasady powstawania są jednakie i materiał jest ten sam, to zadziwiający jest fakt, że wszystkiemu, co dotąd żywego hasało po naszej planecie dała początek tylko jedna komórka, że była ona precedensem, który miał kontynuację, ale nie powtórzył się już nigdy.
Tibor Ganti, konstruujac model systemu żywego zauważył, ze aby powstał i mógł sprawnie funkcjonować, potrzebne są wszystkie elementy naraz, ponieważ brak któregokolwiek oznaczałby śmierć prapraprakomórki. Co nastręcza dodatkowych trudności. Zapatrywanie się na życie jako na mechanizm jest o tyle źródłem komplikacji, o ile do mechanizmu musi sprowadzać świadomość jako wytwór tego mechanizmu. Kartezjusz byłby poniekąd zachwycony, ale Darwin już niekoniecznie, bo podkreślał chaotyczność zmian. Choć - inna sprawa - w przypadku, gdy istniało niewiele substratów w zupie praoceanu materii, to i szczególnych możliwości tworzenia bardziej różnorodnych form babcia Ziemia nie miała.
Wszystko to hipotezy i dotąd nie udało się jeszcze doświadczalnie ich potwierdzić. Pierwszej komórki z syntezy samych zw. nie udało się póki co uzyskać laboratoryjnie. Skoki martwa materia - żywa materia oraz żywa materia - a świadoma to nadal nieuchwytne momenty. Jakkolwiek, jesteśmy chyba bliżej zagadnienia niż Pasteur, który zmagał się z teoria samorództwa. Choć - czy umiejętność opisania czegoś oznacza umiejętność wytłumaczenia? A skad:)
Przypomina mi się fragment tekstu Herberta pt. "List", w którym cytuje fragment listu Vermeera do Leeuwenhoeka o zastępowaniu słowa Opatrzność słowem konieczność.
A z drugiej strony stoi Kant i niemożność ucieczki od myślenia przyczynowo -skutkowego i kategorii celowości. Choć tutaj problem zasadza się na oddzieleniu przyczyny sprawczej od celowej.
Niemniej jednak, pytanie Leibniza, dlaczego raczej istnieje coś niż cokolwiek, wciąż pozostaje aktualne:)
sobota, 1 lutego 2014
Na dzis al-Ghazali. Sięgam niekiedy książkę Karen Armstrong " Historia Boga", ktora odrobinę zahacza o pseudofantastykę historii religii, a poglądy, ktore prezentuje, są infantylne, ale daje porządną dawkę inspiracji, wiedzy( jak rowniez niestety, paplaniny, z którą nie ma się nawet ochoty polemizować). Jakkolwiek dzięki Karen odrobinę rozjasniła mi się kwestia kalamu. I poznałam al- Ghazalego:)
Ale zanim słowo o nim, jeszcze pewna uwaga nt. zdumiewającego współbrzmienia pewnych zagadnień filozofii srednich wieków w trzech religiach abrahamowych. Te same zagadnienia porusza scholastyka, kalam, jak i mysl żydowska. Tak samo Tomasz wykrzykuje "słoma, słoma", jak Ibn Sina rzuca falasafę , zarówno uniwersytety Europy klócą sie o powszechniki i uniwersalia, jak i zastanawiają się nad tym zagadnieniem zajęci Arystotelesem w wersji Plotyna Arabowie. Problem stosunku istoty Boga do jego atrybutów frapuje na równi Majmonidesa, aszarytow+ mutazylitów, jak i Tomasza.
Zaś Al- Ghazali... Lubię go za dwie rzeczy. Pierwsza, mniej istotna, to jego dociekliwe badanie wszystkich odłamow kalamu, falasafy i mistycyzmu (piekny warsztat) co dalo mu krytyczne podejscie do kalamu i rozważań emanacjonistów. Al- Ghazali widział w tym naiwność (i, mam nadzieję, pychę), ładnie zbijał dogmatyczne konstrukcje (np. Pytając w jaki sposob dystans i niewiedza o ludzkim doswiadczeniu moze byc dla Odleglego Bytu Koniecznego scorem +10 do doskonalosci), wreszcie zapytał, czy ktoś kiedykolwiek miał do czynienia z produktem eksportowym Plotyna, czyli emanacją i jak ona pachnie.
Ale najbardziej lubię go za inną rzecz. Al Ghazali od tego całego kalamu popadł... w kliniczną depresję. I nawet najlepsi medycy Bagdadu nic nie wskórali!
Jak tylko o tym przeczytałam, od razu miałam ochotę go uściskać. Bardzo przyzwoita reakcja!
Ale zanim słowo o nim, jeszcze pewna uwaga nt. zdumiewającego współbrzmienia pewnych zagadnień filozofii srednich wieków w trzech religiach abrahamowych. Te same zagadnienia porusza scholastyka, kalam, jak i mysl żydowska. Tak samo Tomasz wykrzykuje "słoma, słoma", jak Ibn Sina rzuca falasafę , zarówno uniwersytety Europy klócą sie o powszechniki i uniwersalia, jak i zastanawiają się nad tym zagadnieniem zajęci Arystotelesem w wersji Plotyna Arabowie. Problem stosunku istoty Boga do jego atrybutów frapuje na równi Majmonidesa, aszarytow+ mutazylitów, jak i Tomasza.
Zaś Al- Ghazali... Lubię go za dwie rzeczy. Pierwsza, mniej istotna, to jego dociekliwe badanie wszystkich odłamow kalamu, falasafy i mistycyzmu (piekny warsztat) co dalo mu krytyczne podejscie do kalamu i rozważań emanacjonistów. Al- Ghazali widział w tym naiwność (i, mam nadzieję, pychę), ładnie zbijał dogmatyczne konstrukcje (np. Pytając w jaki sposob dystans i niewiedza o ludzkim doswiadczeniu moze byc dla Odleglego Bytu Koniecznego scorem +10 do doskonalosci), wreszcie zapytał, czy ktoś kiedykolwiek miał do czynienia z produktem eksportowym Plotyna, czyli emanacją i jak ona pachnie.
Ale najbardziej lubię go za inną rzecz. Al Ghazali od tego całego kalamu popadł... w kliniczną depresję. I nawet najlepsi medycy Bagdadu nic nie wskórali!
Jak tylko o tym przeczytałam, od razu miałam ochotę go uściskać. Bardzo przyzwoita reakcja!
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)